Noc w hamaku nad Laguną Jaguarów

Usypiając na moim materacu w maloce, nie obawiam się wyjść w nocy do łazienki i nie zastanawiam się na co może nadepnąć moja noga, jeśli tylko wyjmę ją z moskitiery. A jak będzie, jeśli będę spała na hamaku, w samym środku dżungli?

Pierwsza wycieczka do dżungli

Pierwszy raz do dżungli idziemy na samym początku naszego pobytu. Chociaż jest gorąco, muszę założyć długie spodnie i koszulę z długim rękawem. Wybieram też jedne z wielu dostępnych tu kaloszy, które sięgają mi prawie do kolan. I tak, jeszcze z kapeluszem na głowie i plecakiem, w którym mam głównie wodę, mogę wyruszać. Mamy swojego osobistego przewodnika – Caju. Jest stąd, dżunglę więc zna jak własną kieszeń i wyrusza do niej ubrany w krótkie spodenki i kalosze, w ręku trzymając maczetę, a na ramionach plecak z, jak się potem okazuje, piciem i ciastkami przeznaczonym dla nas.

Dziarskim krokiem wchodzę do dżungli, chociaż już czuję, jak pot spływa mi po czole. Spomiędzy drewnianych chatek wchodzimy między drzewa i natychmiast otaczają nas dźwięki, które są o wiele bardziej intensywne. Oglądam wszystkie te rośliny dookoła mnie, przyglądam się idącym po ziemi mrówkom, pająkom spacerującym po liściach. Caju mówi tylko po hiszpańsku, ale bez problemu rozumiem, kiedy mówi nam, że mamy czegoś nie dotykać. Mija może poł godziny, a ja już czuję się wyczerpana, ale popychana ciekawością zobaczenia tego wyjątkowego miejsca, udaje mi się iść dalej.

Idziemy przez niecałe dwie godziny, a nasz przewodnik opowiada nam o każdym napotkanym na drodze owadzie czy ciekawej roślinie. Naszym dzisiejszym celem jest „piscina natural”, czyli naturalne baseny w samym środku dżungli, gdzie z ulgą rozbieramy się do kostiumów i wskakujemy do wody.

Spotkanie z naturą, czyli wyprawa do Laguny Jaguarów

Miejsce do którego docieramy, i gdzie zamierzamy zostać dłużej, zwane jest z portugalskiego Laguną Jaguarów, co sprawia, że trochę obawiamy się tego, co tam znajdziemy. Przybijamy łodzią do brzegu, przedzierając się przez czubki drzew, które, kiedy poziom rzeki jest niższy, stoją na suchym lądzie.

Kawałek brzegu, porośnięty drzewami, nasi przewodnicy szybko przekształcają w miejsce w którym da się rozwiesić hamaki i nie bać się, że w wysokiej roślinności pająki wejdą nawet do kalosza. Kiedy chcemy iść do „łazienki”, nie wygląda już to tak łatwo. Jak okiem sięgnąć wszystko porasta dżungla. Victor, wolontariusz mówiący po hiszpańsku i angielsku, prowadzi nas, odgarniając liście. Potem, a szczególnie kiedy robi się ciemno, chodzimy w parach, wypatrując patrzących się na nas oczu i obawiając się koników polnych wielkości dłoni, które wydają się nas wcale nie bać.

W nocy, w środku amazońskiej dżungli jest wyjątkowo ciemno, ewentualne światło księżyca zasłaniają tutaj gęsto rosnące drzewa. Ciężko nam siedzieć na brzegu, nawet nie chcemy wiedzieć co tam chodzi, dlatego cały wieczór spędzamy na łodzi, rozmawiając z naszymi przewodnikami o tym ile mają żon i dzieci, pijąc caipirinhę i wpatrując się w ciemność. Dowiaduję się jak powinnam zareagować, gdybym spotkała lamparta i mam wielką nadzieję, że nie będę musiała z tej wiedzy skorzystać.

Spanie w hamaku jest niewątpliwie ciekawym przeżyciem i wcale nie tak bardzo niewygodnym jakby się mogło wydawać. Dla zewnętrznego obserwatora miejsce spania wygląda jak dziwna konstrukcja. W samym jej środku wisi hamak, otoczony przez kokon z moskitiery, a u góry ma daszek z foli. Będąc w środku, udaje mi się ułożyć w prostej pozycji (a nie takiej przypominającej banana), mogę nawet zwinąć się w kulkę. Doskonale słyszę wszystkie odgłosy, chrapanie moich towarzyszy, pluski w pobliskiej rzece i wszechobecne cykanie owadów. Kiedy żaden człowiek nie kręci się na zewnątrz, czuję się wyjątkowo odsłonięta i zastanawiam się, jak to możliwe, że żadne dzikie zwierzę nie zakłóca mi snu. Potem dowiaduję się, że przy naszych hamakach chodziły kajmany, cieszę się wtedy, że nie miałam potrzeby wyjścia na zewnątrz.

Z samego rana wyruszamy do dżungli. Tym razem przyodzianie kaloszy i ubrania z długimi rękawami nie wydaje się aż takie straszne, chociaż dzisiaj zaplanowana wycieczka ma trwać dłużej niż ta pierwszego dnia. Natykamy się na wielki pas wyciętych drzew, który wygląda tutaj tak nienaturalnie. Wszystko z powodu biegnących przewodów. Kto spodziewałby się takich rzeczy w samym środku dżungli? W tym miejscu słońce praży niemiłosiernie i chcę jak najszybciej znaleźć się z powrotem w cieniu.

Idąc niewydeptaną ścieżką, co chwila zatrzymujemy się i nasłuchujemy. Czasem widzimy na ziemi ślady, a często tuż przed nami jakiś ptak podrywa się do lotu, co niemalże przyprawia mnie o zawał serca. Idzie z nami dwóch przewodników – jeden z przodu, a drugi z tyłu i ten drugi czasem się oddala w poszukiwaniu nie wiadomo czego. Potem raczą nas historią o Kurupirze (jesteśmy bardzo dumne, że udaje nam się ją zrozumieć po hiszpańsku). Jest to Matka Dżungli, która nie jest właściwie ani dobra, ani zła. Może przybrać postać każdego człowieka, a poznać ją można tylko po tym, że ma stopy skierowane palcami do tyłu. Chociaż nie wierzę w taki historie, przechodzi mnie dreszcz i patrzę na nogi wszystkich, na co nasi przewodnicy wybuchają śmiechem. Kurupira, kiedy zamieni się w człowieka, przez jakiś czas może udawać, że nim jest, ale potem nagle odchodzi w las. Wyobrażam sobie, że tak się dzieje i naprawdę czuję magię dżungli.

Dżungla może wydawać się monotonna – wciąż zieleń, zieleń i zieleń, dla nieznającej się osoby, takiej jak ja, większość roślin wygląda podobnie. Dlatego zachwycają mnie czasem pojawiające się kolorowe kwiaty, które wyglądają, jakby tam nie pasowały.

Gorące wody Javari

W większość miejsc docieramy łódką, która ma daszek zrobiony z liści palmy i napędzana jest motorkiem na benzynę. Zawsze mamy ze sobą parę butelek benzyny, bo ta czasem kończy się na samym środku rzeki. Mniej więcej w połowie naszego pobytu dowiadujemy się, że łódź ma stałego mieszkańca – tarantulę wielkości niecałej dłoni. Indianie z tej informacji nic sobie nie robią, chociaż kiedy się pytamy, stwierdzają, że tak, jest ona trująca i ogólnie niebezpieczna. Tarantula pływa więc z nami, chowając się w szparze między kolejnymi warstwami liści i czasem tylko wyglądając, żeby zobaczyć co się dzieje. Właściwie, jest całkiem bezproblemowym towarzyszem.

Któregoś razu, kiedy wracamy ze zwiedzania zakątku dżungli, jedna z nas rzuca pytaniem „czy możemy popływać w rzece?” Caju się zgadza, wcześniej tylko upewniając się, że potrafimy pływać. Wskakuję więc w ubraniu do wody, podczas gdy nasza łódź dryfuje z prądem. Jest to niezwykle orzeźwiające uczucie, chociaż przechodzi mi przez głowę myśl, czy nadal pływają tu te wszystkie kajmany i piranie, które nawet same łowiłyśmy. Ale podobno tu są tylko różowe delfiny. Jest tak gorąco, że wierzę w to zapewnienie i raz za razem znajduję się w rzece, skaczące na główkę albo na bombę i jest to cudowne, nieporównywalne z jakimkolwiek skokiem do basenu.

Podziwiając dżunglę z góry

Wyjątkową atrakcją jest wdrapanie się na 40 metrowe drzewo, z którego rozciąga się piękny widok na pobliską dżunglę. Nikt mnie tam nie wciąga. Muszę zrobić to sama, używając siły swoich nóg. Wspinanie się wcale nie jest tak skomplikowane, chociaż posuwam się do góry w żółwim tempie, uprząż wpija się w ciało, a kask grzeje mi głowę. Najbardziej podoba mi się zjechanie na linie z jednego drzewa na drugie, kiedy czuję jakbym leciała. To wszystko dzieje się wysoko nad ziemią w promieniach słońca zachodzącego nad dżunglą.

Wycieczka do dżungli

A jeśli ty też chcesz wybrać się do dżungli to zapraszamy! Pilotem jest jeden z fotografów, Zofia Nowaczyk, autorka wszystkich powyższych pięknych zdjęć. Obydwie możliwe wycieczki zakładają odwiedzenie Bogoty i pobyt w dżungli na terenie Brazylii.

  1. Wycieczka do dżungli i Bogoty, a dodatkowo 3 dni i 3 noce spędzone na łodzi płynącej Amazonką.
  2. Wycieczka dżungli, Bogoty i Caño Cristales, czyli rzeki w Kolumbii o pięciu kolorach.

Dokładny plan wycieczek, dostępne terminy i koszty, są pod powyższymi odnośnikami.


Czytaj więcej

Podróż nad Amazonkę i pierwsza noc w dżungli

Opowieść o bajecznym miejscu w Brazylii, raju na ziemi, gdzie spanie w drewnianym domu z dziurawą podłogą i dachem z liści palmowych okazuje się być wspaniałą przygodą i gdzie lokalni przewodnicy zabierają nas na wspaniale egzotyczne wyprawy.
Papuga Ara siedzi przy hamaku w dżungli

Jak dotrzeć do dżungli amazońskiej?

Miejsce do którego zmierzamy leży w Brazylii i dotarcie do niego zajmuje sporo czasu. Po krótkim locie z Bogoty lądujemy w Leticii. Cały czas jesteśmy w Kolumbii ale ponieważ wiemy, że tego samego dnia będziemy ją opuszczać, jeszcze na lotnisku musimy się wymeldować. Granica pomiędzy Kolumbią a Brazylią jest niemalże niewidoczna – nie ma żadnych bramek i kontroli, a ciężko się domyślić co oznaczają pomarańczowe słupki, stojące na jednym z pasów. Na komendzie policji w Tabatindze prosimy o wjazd do Brazylii. Tak naprawdę, nikt tego od razu nie kontroluje, a granice pomiędzy krajami są słabo oznaczone i samemu trzeba się dowiedzieć jakk załatwić te wszystkie formalności. Jeśli się tego nie zrobi, można się potem spotkać z różnymi problemami.

W Tabatindze wsiadamy na dużą motorówkę, którą przez krótki czas płyniemy Amazonką – to nasze pierwsze i nie ostatnie spotkanie z nią, będziemy jeszcze miały okazję długo ją podziwiać. Dopływamy do miejscowości Benjamin, gdzie rzeka Javari wpada do Amazonki. Wyruszamy samochodem na skróty, nie musząc dzięki temu parę godzin pokonywać krętej rzeczki. Jedziemy niby asfaltową drogą przez dżunglę i małe miasteczka, co chwilę zwalniając, żeby bezpiecznie ominąć ogromne dziury. Siedzimy na pace razem z mrożonym kurczakiem i puszkami piwa, z tej perspektywy podziwiając widoki. W końcu znowu docieramy do Javari i miejscowości Atalaia. Stąd zabiera nas kolejna łódź, tym razem już do celu. Płynąc, widzimy jak z jednej strony zachodzi słońce, a z drugiej nadciągają ciemne, jakby burzowe chmury. Deszcz jakimś cudem nas omija.

Pierwsze, nocne spotkanie z dżunglą

W dżungli jest tak samo gorąco jak w Leticii, ale kiedy dopływamy do Palmarii jest już ciemno i komary z lubością żywią się naszą krwią. Chociaż mamy ubranie specjalnie na taką okazję – szybkoschnące długie spodnie i koszule z długimi rękawami, to wcale nie mamy ochoty ich na siebie zakładać, bo każdy kolejny skrawek materiału nieprzyjemnie lepi się do ciała. Obficie spryskujemy się sprejem, zarówno tym, który podobno używa armia amerykańska (więc teoretycznie, powinien naprawdę odstraszać komary), jaki i tym tutejszym, zrobionym lokalnie. Mam wrażenie, że nic na nie działa, wciąż tak samo chętnie siadają mi na nogach.

Z ciężkimi plecakami kierujemy się do maloki – dużego domku z dachem zrobionym z liści palmy w którym będziemy spały w najbliższym czasie. Wchodzi się do niego po paru schodkach, drewniana podłoga nie jest więc bezpośrednio na ziemi, a zrobione z siatki drzwi zapobiegają licznemu robactwu.  Przynajmniej tym latającym, bo kiedy świecę latarką na podłogę, karaluch długości mojego małego palca umyka pod deski. Wzdrygam się na myśl ile ich tutaj jest, poza zasięgiem mojego wzroku i nikłego światła. Muszę pamiętać, żeby plecak zawsze szczelnie zapinać, a łóżko – czyli materac z zawieszoną nad nim moskitierą – dokłądnie opatulać materiałem, żeby nic nie dostało się do środka.

Obok naszej maloki są łazienki. Poszczególne kabiny oddzielone są drewnianymi ścianami. Jest parę prysznicy i toalet. Kiedy wybieram się do jednej z nich, a jest oczywiście zupełnie ciemno, mam tylko czołówkę na głowie. Dookoła mnie, niemalże na wyciągnięcie ręki zaczyna się prawdziwa dżungla – mnóstwo drzew i nieznanych mi zwierząt, czających się między nimi. Patrzę w tę ciemność i zastanawiam się czy zobaczę, jak w świetle księżyca coś się porusza. Nie widzę nic, ale to przecież nie koniec na dziś spotkań z naturą. Wchodzę do łazienki, oświetlając ściany w poszukiwaniu towarzyszy, zaglądam też pod deskę sedesową. Czując się niemalże bezpiecznie, wchodzę do środka i zamykam za sobą drzwi. Podnoszę wzrok – i to jest błąd. Wrzeszczę i wybiegam z kabiny, wciąż jeszcze się trzęsąc z przerażenia, po zobaczeniu białego pająka, który był tak wielki jak moja otwarta dłoń. Szedł po toaletowej ścianie tuż przed moim nosem.

Potem boję się ponownie skorzystać z toalety, ale ostatecznie to robię. Od tego momentu dużo dokładniej sprawdzam czy rzeczywiście nie ma pająków. Z prysznica za to postanawiam skorzystać dopiero rano, kiedy będzie już widno, chociaż moje ciało zdecydowanie domaga się ochłody.

Wchodząc pod moskitierę, kiedy jestem pewna, że nic niepożądanego ze mną nie weszło, czuję się wyjątkowo bezpiecznie. Materac jest miękki, nie latają żadne komary, nie chodzą karaluchy czy pająki. Ale na pewno nie jest cicho. Wydaje mi się, że nocą w dżungli jest znacznie głośniej niż w dzień – ale może to wrażenie potęguje fakt, iż jestem przyzwyczajona do niemal zupełnej ciszy. Tutaj wszystko krzyczy, chociaż nie jestem w stanie zidentyfikować żadnego z tych odgłosów. Ale są ich tysiące. Tak też usypiam, kołysana tą dziwną kołysanką, której nie można usłyszeć w żadnym innym miejscu na świecie.

Oswojona papuga – nasz nieustanny towarzysz w Palmarii

Budzi mnie przeraźliwy wrzask i mam wrażenie, że jego źródło lata gdzieś dookoła maloki. Otwieram oczy i okazuje się, że jest już widno, zegarek pokazuje mi, że jest około 5:30. Zakładam klapki i w piżamie wychodzę na zewnątrz. W świetle dnia jest tu zupełnie inaczej, słońce dopiero wschodzi i nie ma jeszcze takiego skwaru – jest bardzo przyjemnie i zupełnie nie tak strasznie jak było wieczorem. Całe robactwo gdzieś pouciekało, a dżungla jest zielona, chociaż wciąż tajemnicza.

Nie tylko ja już wstałam – część moich towarzyszek jest już na nogach, a reszta budzi się chwilę później. Wchodzimy po schodkach na sam szczyt drewnianej wieży, skąd widzimy jak słońce wschodzi nad drzewami, po drugiej stronie Javari. Kładę się na jednym z zawieszonych tam hamaków i stamtąd podziwiam wschód słońca. Znowu słyszę wrzask, który mnie obudził i szybko przekonuję się skąd się bierze. W naszą stronę leci duża, niebiesko-żółta, duża papuga i cały czas krzyczy „Laura, Laura!”. Tak też poznajemy tutejszą oswojoną papugę, Laurę.

Chociaż z pracownikami żyje całkiem przyjaźnie, to dla nas na początku jest wredna. Robimy zdjęcia, a ona cały czas do nas podlatuje i chce… właściwie nie wiadomo co zrobić, ale widząc jej wielki dziób, wolimy się odsunąć. Kiedy schodzimy na dół, jednej z nas uniemożliwia to Laura, która staje tuż przed schodkami i próbuje dziobnąć w stopę, a innej chce usiąść na głowie.

Okazuje się, że Laura robi wszystko, na co ma ochotę. Chociaż teoretycznie jej nie wolno, wlatuje do stołówki i zjada orzechy z drewnianej miski. Jeśli dostrzeże, że ktoś zostawił bez opieki jakiś mniejszy przedmiot, zabiera go i wrzuca do rzeki. Nam kradnie łyżeczkę z kawy, a potem przez długi czas ją wylizuje. Kiedy chce jej się pić, siada na umywalce i sama odkręca sobie kran. Najbardziej lubi przebywać tam, gdzie wszyscy i przyglądać sobie co robią. Kiedy więc pleciemy bransoletki, Laura siedzi na stole i z zainteresowaniem obserwuje jak przeplatamy kolejne sznurki. A potem robi nam psikusa – siada nad nami i… załatwia się na sam środek stołu. Kolejnego dnia – widząc jak podczas posiłku siada dokładnie w ten sam sposób, już wiem czego mogę się spodziewać i odskakuję, nim zdąży to zrobić.

W dżungli… zupełnie jak w domu

Po paru dniach pobytu w Palmarii, już nie boję się chodzić do łazienki w nocy, nawet nie zawsze sprawdzam czy coś siedzi po deską klozetową. Kąpię się nawet po ciemku, a kiedy po nocy spędzonej na hamaku, w samym środku dżungli, wracam z powrotem do maloki, to czuję się jak w domu, chociaż widzę jak karaluchy uciekają z oświetlonego przeze mnie kawałka podłogi.

Tak przyjemnie spędzamy czas w tym kawałku trochę ucywilizowanej dżungli. W stołówce zawsze jest się czego napić – możemy wybrać wodę, różne napoje, kawę lub herbatę, albo zjeść owoce między posiłkami. Wolny czas spędzamy na rozmowach z tutejszymi przewodnikami (ćwicząc nasz hiszpański i portugalski, bo tylko tak się można z nimi porozumieć), bujamy się na hamakach czytając albo podziwiając widoki. Wieczorami dostajemy lokalny drink – caipirinhę. Raz wybieramy się na imprezę do pobliskiej wioski, gdzie całą noc świętują doprowadzenie prądu. Z jednego z domków dobiega głośna muzyka, poza kobietą siedzącą w środku na hamaku, są obecni sami mężczyźni. Kiedy więc nas widzą, bardzo się ożywiają i porywają do tańca. Czujemy się jednak bezpiecznie, bo są z nami nasi przewodnicy, którzy cały czas nas pilnują.

Oczywiście, nie siedzimy ciągle w Palmarii – o naszych innych przygodach i wyprawach po dżungli opowiem w kolejnym odcinku.

Wycieczka do dżungli

A jeśli ty też chcesz wybrać się do dżungli to zapraszamy! Pilotem jest jeden z fotografów, Zofia Nowaczyk, autorka wszystkich powyższych pięknych zdjęć. Obydwie możliwe wycieczki zakładają odwiedzenie Bogoty i pobyt w dżungli na terenie Brazylii.

  1. Wycieczka do dżungli i Bogoty, a dodatkowo 3 dni i 3 noce spędzone na łodzi płynącej Amazonką.
  2. Wycieczka dżungli, Bogoty i Caño Cristales, czyli rzeki w Kolumbii o pięciu kolorach.

Dokładny plan wycieczek, dostępne terminy i koszty, są pod powyższymi odnośnikami.


Czytaj więcej

Villa de Leyva – kolonialne miasteczko ukryte w Andach

Jadąc do Villa de Leyva szukamy odpoczynku po Bogocie, w które zbyt wiele się dzieje. I rzeczywiście, znajdujemy tu ciszę, spokój i poczucie bezpieczeństwa, a to miasteczko z białymi budynkami zupełnie nas zauracza.
Bogota jest ogromna i wiele tam się dzieje, więc w pewnym momencie mamy ochotę odpocząć. Postanawiamy pojechać do miasteczka oddalonego od stolicy jakieś 4 godziny jazdy autobusem. Villa de Leyva jest podobno jednym z obowiązkowych punktów, jeśli chodzi o atrakcje dookoła Bogoty. Będąc tam, łatwo przekonać się, dlaczego – ale najpierw zaglądamy jeszcze do Tunji. Według Wikipedii, mieszka tam około 170 tysięcy mieszkańców i właściwie… nie ma tam nic ciekawego.

Podróż z niespodziankami

Do Tunji jedziemy z Bogoty autokarem. Na terminal autobusowy dostajemy się taksówką, po czym wchodzimy do budynku i zupełnie zagubione pytamy strażniczki przy samym wejściu gdzie mamy pójść. Idziemy we wskazanym kierunku, aż w pewnym momencie rozlega się z głośników „Tunja, Tunja, tutaj!”. Pani w kasie, którą właśnie mijamy, krzyczy do nas. Chwilę potem mamy już kupione bilety, a jakiś pan prowadzi nas do wielkiego, luksusowego autokaru, w którym poza nami nie ma nikogo… Niemalże od razu ruszamy. Jedziemy powoli, wydaje się, że Bogota nigdy się nie kończy. Odkrywamy, że w autokarze jest nawet wi fi.

W pewnym momencie zatrzymujemy się w zatoczce – i nie tylko my – przed nami jedzie w żółwim tempie tak dużo innych autokarów, autobusów i busików, że nie jesteśmy w stanie wszystkich zobaczyć. Pomocnik kierowcy wyskakuje na ulicę i widzimy jak zagaduje do przypadkowych ludzi idących chodnikiem – z zaskoczeniem zauważamy, że niektórzy z nich wsiadają i tak też, przez godzinę udaje się zapełnić jakąś połowę miejsc.

Obok nas widzimy mnóstwo straganów na kółkach – sprzedają ananasy i różne inne owoce, napoje, przekąski. Sprzedawcy jeden po drugim wchodzą do naszego autokaru i przechadzają się po nim, zachwalając swoje produkty. Jesteśmy dosyć wybredne i kupujemy po plastrze ananasa z wózka, który zatrzymuje się tuż obok naszych drzwi. Są niebywale słodkie i soczyste, sok leci nam na kolana i całe ręce nam się lepią.

Chyba wreszcie autokar jest dostatecznie pełny, bo odjeżdżamy. Zatrzymujemy się jeszcze parę razy, kiedy machają na nas ludzie stojący w różnych miejscach na drodze. Tunja okazuje się być małym, bardzo górzystym miasteczkiem z wąskimi chodnikami. Każdy zapytany chętnie wskazuje gdzie jest rynek, więc w końcu tam docieramy. Centrum miasta to duży plac z pomnikiem po środku, a z jednej jego strony stoi kościół. Ze szkoły wracają akurat dzieci, ubrane w ładne mundurki. Łatwo rozpoznać, że jest tu przynajmniej kilka szkół, bo ich ubrania mają różne kolory. To tutaj dowiadujemy się, że w Kolumbii można zjeść obiad za odpowiednik 8 zł (potem okaże się, że nawet za 6), złożony z dwóch dań i napoju.

Po posiłku, busikiem obklejonym ikonami Jezusa i Maryi, jedziemy do Villa de Leyva. Droga jest niezwykle kręta, bo prowadzi przez góry, a kierowca jedzie jak wariat, wyprzedzając na zakrętach i ciągłej linii, kiedy z jednej strony widzimy wielką przepaść.

Villa de Leyva – odmiana po głośnej Bogocie

Villa de Leyva wita nas kocimi łbami na ulicy, przez które ciągnięcie naszego ciężkiego plecaka na kółkach nie jest specjalnie łatwe. Niesiemy go, a droga do hostelu bardzo nam się dłuży, bo chociaż (jak wszędzie w Kolumbii) ulice mają numery zamiast nazw, to jakoś nie możemy się zorientować, w którą stronę powinnyśmy iść. Miejscowi też najlepiej nam nie pomagają, bo kierują nas w sprzeczne kierunki – ale w końcu się udaje. Ładny, drewniany budynek z symbolem anioła jest pod samym nosem pana, która pokazał nam złą drogę.

Hostel jest śliczny, pokoje wydają się luksusowe, a na dobry początek dostajemy przepyszną lemoniadę. W Ameryce Południowej niczym nie przypomina ona tej serwowanej u nas – tam robią ją z limonek (ta najbardziej popularna, bo dostępne są też inny smaki) i jest naprawdę owocowa. Zawsze, kiedy ją zamawiamy, podają ją w eleganckich, wysokich szklankach.

Kiedy wychodzimy na spacer, słońce już się schowało, a mimo to nie czujemy się ani trochę niebezpiecznie. Atmosfera, która tutaj panuje jest wyzwalająca po Bogocie, bo wreszcie nie boimy się, że ktoś nas okradnie i możemy nosić aparaty na szyi, zamiast po każdym zdjęciu chować do plecaka.

Pierwszy pająk spotkany w Ameryce Południowej

Jesteśmy przygotowane na to, że w końcu spotkamy dużo pająków i innych owadów, które będą całkiem sporych rozmiarów. Ale jestem zaskoczona, kiedy przed śniadaniem widzę pająka siedzącego tuż przy drzwiach w naszym pokoju. Nie jest ogromny, ma może z 5 centymetrów, ale się rusza, więc dla niektórych to już słuszny rozmiar, żeby się bać.

Po śniadaniu pająka nie ma – co jest trochę przerażające – żadna z nas nie chciałaby znaleźć go w swoim łóżku. Szukamy na szafie, ale ten jakby wszedł w dziurę i pojawia się dopiero wieczorem. Kiedy informujemy o tym panią z hostelu, tam ze spokojem bierze miotłę i… wyprowadza pająka z naszego pokoju. A potem zagania go na dół, schodek po schodku, aż znajdzie się na dworze. Widząc to, płaczemy ze śmiechu, ale postawa Kolumbijki jest naprawdę ciekawa – większość z nas pewnie zabiłoby niechcianego i obrzydliwego pajęczaka.

Wyprawa do glinianego domku – casa de barro

Chociaż Villa de Leyva jest urocza, to niespecjalnie jest tu co robić. Obejść miasteczko można w niecałe pół dnia, dlatego decydujemy się na małą wycieczkę – do dosyć słynnego domku, do którego z centrum idzie się może 20 minut. Nie ma do niego żadnych drogowskazów, ale wystarczy podążać za wskazówkami z Internetu (ewentualnie pytać się ludzi po drodze).

Domek jest cały z gliny i naprawdę robi wrażenie. Jego kształt jest bardzo fantazyjny, jakby z bajki. Rozdzielamy się i każda z nas zwiedza go oddzielnie. Ja idę na tył ogrodu, gdzie biegną schody, wyglądające jak ogon smoka, który owija się wokół oczka wodnego. Można po nich dostać na dach, a pod spodem jest wejście do kuchni. Najbardziej fascynujące w tej budowli jest to, że naprawdę można by tam mieszkać. Łazienka jest piękna, wyłożona mozaiką. Odkręcam kran i sprawdzam, że leci z niego woda. Do toalety nie ma drzwi, ale da się spuścić wodę. Na glinianych półkach stoją książki, a gliniane łóżko wyłożone jest kocem – niestety wciąż nie czyni go to miękkim. Poza głównymi pomieszczeniami, jest mnóstwo mniejszych pokoików, znajduję jeszcze kilka małych sypialni i jakby zbiorową łazienkę – jest tam parę prysznicy, oddzielonych od siebie cienkimi, glinianymi ściankami. Okna zrobione są z prawdziwego szkła, ale są wyjątkowe, bo w różnych kształtach i z ciekawymi wzorami. Jedno przypomina np. jaszczurkę. Ciekawy wystrój uzupełniają specyficzne ozdoby – jest żyrandol w kształcie ogromne ważki, albo gałki od gazu zrobione na podobieństwo różnych owadów. Kiedy wydaje mi się, że zwiedziłam już każdy zakamarek, wychodzę na dach. Mogę stamtąd podziwiać piękny widok na góry i pobliskie miasteczko.

Polacy na końcu świata

Potem wracamy do Villa de Leyva, gdzie zwiedzamy ją trochę dokładniej niż poprzedniego wieczora. Na ulicach, a szczególnie na głównym placu plącze się mnóstwo psów. Leżą pod ścianami, chodzą za ludźmi, urządzają sobie walki i proszą o jedzenie. Jeden z nich chodzi za mną jakby mu się wydawało, że jest mój i czeka na ulicy, ilekroć wejdę do jakiegoś sklepu.

Miasteczko charakteryzuje się białymi budynkami, które pięknie wyglądają w połączeniu z chmurami, które często spływają z otaczających je gór. Robimy mnóstwo zdjęć i przy okazji spotykamy paru Polaków. Wszyscy robimy sobie zdjęcie, bo to miło spotkać rodaków na końcu świata.

Kolejnego dnia, znowu krętą drogą między górami, wracamy do Bogoty. Czujemy się trochę jak po wakacjach – zrelaksowane i jadące z powrotem do wielkiego miasta. To tylko pierwszy etap naszej podróży – przed tym głównym celem. O nim już wkrótce.

Wycieczka do Kolumbii

A jeśli ty też chcesz wybrać się do Kolumbii, zobaczyć jej kolorowe oblicze, a poza tym odwiedzić też dżunglę, albo słynną rzekę o pięciu kolorach, to zapraszamy! Pilotem jest jeden z fotografów, Zofia Nowaczyk, autorka wszystkich powyższych pięknych zdjęć. Obydwie możliwe wycieczki zakładają odwiedzenie Bogoty i pobyt w dżungli na terenie Brazylii.

Opcja pierwsza: Wyprawa do Bogoty i dżungli Amazońskiej, a dodatkowo 3 dni i 3 noce spędzone na łodzi płynącej Amazonką.

Opcja druga: Zwiedzanie Bogoty i spacery po dżungli, a dodatkowo wyprawa do Caño Cristales, rzeki w Kolumbii o pięciu kolorach.

Dokładny plan wycieczek, dostępne terminy i koszty, są pod powyższymi odnośnikami.


Czytaj więcej

Zwiedzanie Bogoty i poznawanie Kolumbijczyków – ciąg dalszy

Bogota jest kontrastowa również pod względem mieszkających tam ludzi. Z jednej strony ci, którzy cały swój dobytek mają na wózkach wyjętych ze śmietników, a z drugiej mieszkańcy luksusowych apartamentów.
Gołębie na głównym placu w Bogocie, Plaza de Armas
Gołębie na głównym placu w Bogocie, Plaza de Armas

Jak dogadać się w Kolumbii

Wszyscy napotkani po drodze turyści żalą nam się, że każdy miejscowy przechodzi na angielski, kiedy słyszą, że hiszpański nie jest ich językiem. My, jakimś cudem, spotykamy się z zupełnie inną reakcją.

Pierwszego dnia w Ameryce Południowej mamy niemały problem z dogadaniem się w hostelu. Co prawda dwie z nas mówiąc trochę po hiszpańsku, ale rzeczywistość okazuje się jakby trudniejsza. My nie rozumiemy ich hiszpańskiego – a oni naszego angielskiego. Nadrabiają za to uśmiechem i zapewniają nas, że to, że nie mogą znaleźć klucza do naszego pokoju wcale nie jest problemem. (Pierwszej nocy zastawiamy drzwi krzesłem a plecaki przypinamy kłódkami do łóżka. Ale szybko przyzwyczajamy się do tej sytuacji. Drzwi do hostelu mają ze trzy zasuwy, a o każdej porze dnia i nocy wszystkiego pilnuje pani, której lepiej nie podpaść.)

O ludziach Bogoty – dlaczego należy wystrzegać się panów w garniturach

W Bogocie życie toczy się powoli. Nasz hostel znajduje się w dzielnicy historycznej i kiedy tylko wychodzimy na ulicę, widzimy mnóstwo ludzi. Blisko jest plac na którym spotyka się okoliczna młodzież – siedzą na ławkach, murkach, chodniku, wszędzie gdzie się da. Przechodząc obok jednej z grupki, wyraźnie czujemy zapach marihuany, ale mamy wrażenie, jakby nikt się tym nie przejmował.

Od właścicielki hostelu (która mówi po angielsku, a którą poznajemy dopiero drugiego dnia) dowiadujemy się które dzielnice Bogoty są względnie bezpieczne, gdzie lepiej być ostrożnym, a którymi ulicami wcale nie chodzić. Mówi nam też o panach w garniturach – oni są najbardziej niebezpieczni. Niby tacy eleganccy, ale trzeba na nich uważać, bo tylko takich udają. Jeśli mamy spytać się o drogę, już lepiej podejść do żebraka niż do takiego pana.

Panów w garniturach jest rzeczywiście dużo. Siedzą na ławkach i czytają gazety, chodzą samotnie, czasami w grupach. Jedni wyglądają jakby ich strój dopiero został zakupiony, ale są też tacy, którzy musieli wyciągnąć go z szafy po latach nieużywania.

Stolica wypełniona policjantami

Jeden z dni naszego pobytu w Bogocie to 1 maja. Jak się okazuje, Kolumbijczycy urządzają z tej okazji protest. Wszystkie muzea są wtedy zamknięte, a w mieście roi się od policjantów i żołnierzy, ubranych w różnokolorowe mundury, z tarczami i bronią. Trochę dlatego, że nie mamy co robić, a trochę, ponieważ przecież musimy zrobić zdjęcia, wybieramy się do samego centrum tego wydarzenia. Protest właśnie się zaczyna, otoczeni przez ścianę policjantów stoją ludzie w kolorowych koszulkach. Są wśród nich dzieci z balonami i dorośli trzymający transparenty z napisami „chcemy lepszych warunków życia.” Więc właściwie… walczą o to samo, co wszędzie. Masa ludzi powoli rusza główna ulicą i ciągnie się jakby w nieskończoność. Wydaje nam się, że cała ludność Bogoty się tu zebrała.

Stoimy między policjantami i zmieniamy obiektyw w aparacie, żeby móc w lepszy sposób uchwycić to, co się tam dzieje. Największe wrażenie robi na nas sposób w jaki tego pilnują. Podchodzimy do grupy policjantów, stojących równo wzdłuż krawężnika i pytamy po hiszpańsku „możemy zrobić zdjęcie?”. Jeden z nich kiwa z uśmiechem głową, a potem, kiedy się przed nimi ustawiamy (bo przecież chcemy mieć fotografię z nimi a nie tylko ich), zaczyna coś mówić. Dalej się uśmiecha, ale powtarza „no, no”. W końcu okazuje się, że samych możemy ich fotografować, ale robić sobie z nimi zdjęć już nie.

Okrążamy główny plac Plaza de Armas, gdzie ma odbyć się finał protestu i robimy zdjęcia prawie każdemu napotkanemu na drodze policjantowi czy żołnierzowi. Wszyscy się zgadzają – niektórzy, kiedy mają obiektyw przed samym nosem, ładnie się uśmiechają, a inni jakby udawali, że go nie widzą.

Kiedy wreszcie możemy się dostać na Plaza de Armas, jedynymi pozostałościami po niedawnej demonstracji są ważne budynki ogrodzone i osłonięte siatką. Na innych widać rozpryśniętą farbę kulek od paintballa, a na chodniku jest mnóstwo napisów. Jest niemal zupełnie pusto – nawet wszędobylskich gołębi jest jakby mniej, a placem chodzą smutni sprzedawcy lodów ze swoimi wózkami – cały czas dzwonią dzwoneczkiem, ale i tak nikt do nich nie podchodzi. Spokój ten co chwila zakłócają przemaszerowujące kolumny policjantów wracających ze służby.

Tam, gdzie zbiera się całe życie Bogoty

Niedługo potem znajdujemy się na głównej ulicy – tam teraz toczy się całe życie. Tutaj sprzedawcy lodów nie wyglądają już tak smutno. Towarzyszą im wózki z arbuzami, różnymi napojami i przekąskami. Na wózku inwalidzkim siedzi pan, chyba były żołnierz, a dwóch mężczyzn ciągnie cały swój dobytek na dużym wozie – ciekawe czy sami wiedzą, gdzie idą.

Na ulicy organizowane są zabawy ze świnkami morskimi. Polegają na tym, że ustawione na ulicy są jakby domki, a parę kroków dalej siedzi grupa świnek, przytulonych do siebie i trzęsących się ze strachu. Zgromadzeni dookoła ludzie obstawiają do którego domku wbiegnie świnka, kładąc na nim monetę. Wygrany zgarnia wszystko. Widowiska cieszą się ogromną popularnością, idąc dalej co chwila je widzimy i przy każdym gromadzi się tak samo dużo osób. Jest to jeden z niewielu przypadków w Kolumbii, gdzie zwierzęta są w ten sposób wykorzystywane.

Tłumy ludzi idą w jedną i drugą stronę. Niektórzy zatrzymują się przy atrakcjach, inni wchodzą do sklepów, albo po prostu stoją w grupkach i rozmawiają. Tutaj już nie ma ani jednego policjanta – zauważamy to po dłuższym czasie. Trochę przestraszone tą sytuacja oddalamy się od zgiełku i wracamy do hostelu innymi, pustymi ulicami.

Podziwiając miasto z góry i pierwsze spotkanie z pieczonymi bananami

Innego dnia wybieramy się na wzgórze Monseratte, które położone jest na wysokości 3200 m.n.p.m. i można z niego podziwiać całe miasto. Wjeżdżamy tam kiedy słońce już zachodzi i mamy pecha, bo niemalże cały widok przysłaniają chmury. Musimy czekać do wieczora, żeby zobaczyć piękny, rozświetlony widok.

Mieści się tam klasztor benedyktynów z obrazem Czarnej Madonny, gdzie ludzie przybywają aby podziękować za różne cuda, które wydarzyły się w ich życiu. Wybudowana jest tam kapliczka, którą w całości wypełniono dziękczynnymi tablicami. Na tyłach klasztoru jest targ – jeden z takich typowo turystycznych. To w tym miejscu po raz pierwszy próbujemy pieczonych bananów – w środku mają ser i słodki dżem. Ich smak niespecjalnie mnie zachęca do kolejnej degustacji, ale panowie, którzy nas obsługują są niezwykle mili – uczą nas hiszpańskiego, poprawiając błędy, kiedy próbujemy złożyć zdania i śpiewają piosenki lecące z radia. Robimy sobie z nimi zdjęcia, a na koniec dostajemy po lizaku.

Bogota, jako początek naszej dłuższej wyprawy, zapowiada nam, że napotkamy pełno przygód. Widać tu ogromną różnicę pomiędzy zamieszkującymi ją ludźmi – tymi śpiącymi na ulicy, a zajmującymi luksusowe apartamentowce w równie luksusowej dzielnicy. Ameryka Południowa niewątpliwie nie jest najbezpieczniejszymi miejscem, ale nie trzeba się bać na każdym kroku – bo ludzie są niezwykle przyjaźni – wystarczy być rozsądnym i nie przyjmować pomocy od każdego.

Wycieczka do Kolumbii

A jeśli ty też chcesz wybrać się do Kolumbii, zobaczyć jej kolorowe oblicze, a poza tym odwiedzić też dżunglę, albo słynną rzekę o pięciu kolorach, to zapraszamy! Pilotem jest jeden z fotografów, Zofia Nowaczyk, autorka wszystkich powyższych pięknych zdjęć. Obydwie możliwe wycieczki zakładają odwiedzenie Bogoty i pobyt w dżungli na terenie Brazylii.

Opcja pierwsza: Wyprawa do Bogoty i dżungli Amazońskiej, a dodatkowo 3 dni i 3 noce spędzone na łodzi płynącej Amazonką.

Opcja druga: Zwiedzanie Bogoty i spacery po dżungli, a dodatkowo wyprawa do Caño Cristales, rzeki w Kolumbii o pięciu kolorach.

Dokładny plan wycieczek, dostępne terminy i koszty, są pod powyższymi odnośnikami.


Czytaj więcej

Kolory egzotycznej Bogoty

Przylatując do Bogoty, od początku jesteśmy przygotowywane na to, że jest ona niebezpiecznym miejscem. Idąc mniejszymi czy większymi uliczkami, zawsze kurczowo trzymamy swoje plecaki i rozglądamy się za panami w garniturach.

Bogota… wcale nie taka niebezpieczna?

Pewnego razu, kiedy słońce już dawno ustąpiło miejsca gwiazdom, zauważamy wyjątkowo urokliwe miejsca – oczywiście musimy je sfotografować. Podczas gdy dwie z nas wyciągają aparaty, reszta rozgląda się w poszukiwaniu podejrzanych ruchów. Niemalże od razu zza rogu wychodzi dziwnie ubrany mężczyzna, a samochód z piskiem opon zatrzymuje się tuż obok nas. Czujemy się trochę jak w jakimś thrillerze, zastygamy w bezruchu czekając co się wydarzy. Ale nic się nie dzieje. Chwilę potem już nas tam nie ma, zostawiamy nocne towarzystwo samemu sobie, ucieszone, że nasze aparaty jednak nie zmieniły właścicieli. Podczas naszego wyjazdu nikt nas nie utwierdza, żerzeczywiściejest tu tak niebezpiecznie.

Kontrastowa stolica Kolumbii – porządek i chaos w jednym miejscu

Bogota jest pełna kontrastów. Pierwszym co mnie zadziwia to to, że ulice ułożone są w geometryczną siatkę (czasem mniej, a czasem bardziej równą) i każda z nich ma swój numer. Ulica pierwsza, druga… Albo aleja. Teoretycznie łatwo się tutaj odnaleźć, przynajmniej kiedy patrzy się na mapę. Z drugiej strony, w mieście panuje bałagan – wszyscy sprzedają wszystko. Wszędzie. Na targach, przeznaczonych specjalnie dla turystów, roi się od kolorów. Można tam znaleźć różnego rodzaju pamiątki: torebki, hamaki, biżuterię, buty. Jest też kawa w czekoladzie, krojone przez panią przy wózku świeże owoce i herbata z koki – próbujemy jej parzonej na miejscu i kupujemy mały zapas na później. Chociaż na miejscu można raczyć się nią do woli  i potem często pomaga nam w przezwyciężeniu wysokościowych dolegliwości, to należy pamiętać, że do walizki jej ze sobą zbierać nie można. Nawet tej w saszetkach albo ukrytej jako jeden ze składników czekolady, bo można się zdziwić, kiedy czujny węch lotniskowego psa wyczuje coś podejrzanego w naszym bagażu.

Kolorowe ulice Bogoty i wycieczka rowerowa

Stolica Kolumbii jest nadzwyczaj kolorowa i to nie tylko dzięki targom. Na każdym kroku można zauważyć na murach i ścianach budynków graffiti, wszystkie są niezwykle kolorowe, mają mnóstwo szczegółów i duża część z nich niesie ze sobą jakieś głębsze przesłanie. A nawet kiedy ich nie ma, to są barwne ściany. Idziemy ulicą i widzimy: różowy, zielony, niebieski, żółty… a czasami nawet w kropki  i inne wzory.  Oglądając potem zdjęcia aż trudno uwierzyć, że nikt tego na fotografiach nie przemalował.

Podczas jednego dnia naszego pobytu w Bogocie, wybieramy się na wycieczkę rowerową. Niby ma to być wyprawa po całej stolicy, ale momentami wydaje mi się, że jeździmy od jednego graffiti do drugiego, a przewodnik (wyglądający trochę jak żebrak wzięty z ulicy ale z ogromną wiedzą) opowiada nam historie o kolejnych malunkach. Mamy wtedy okazję poczuć  jak jeżdżą Kolumbijczycy, a także na własnym języku poczuć różnicę pomiędzy tą dobrą kawą (i eksportowaną do innych krajów), a tą gorszą, którą miejscowi zadowalają się u siebie.

Na koniec odwiedzamy owocowy targ – tym razem w zupełności lokalny. Kolorów jest tutaj tak samo dużo jak na tym z pamiątkami dla turystów, ale dodatkowo, możemy tę różnorodność poczuć jeszcze zmysłami zapachu i smaku. Dostajemy to spróbowania owoc po owocu, aż jeden z nich tak nam smakuje, że kupujemy sobie parę jego sztuk na wieczór. A sprzedająca pani ostrzega nas „nie jedzcie więcej niż pół na raz, bo cały dzień spędzicie w łazience”.

I jak tu pamiętać, że Bogota jest niebezpieczna, kiedy na każdym kroku kusi, aby wyciągnąć aparat?

Wycieczka do Kolumbii

A jeśli ty też chcesz wybrać się do Kolumbii, zobaczyć jej kolorowe oblicze, a poza tym odwiedzić też dżunglę, albo słynną rzekę o pięciu kolorach, to zapraszamy! Pilotem jest jeden z fotografów, Zofia Nowaczyk, autorka wszystkich powyższych pięknych zdjęć. Obydwie możliwe wycieczki zakładają odwiedzenie Bogoty i pobyt w dżungli na terenie Brazylii.

Opcja pierwsza: Wyprawa do Bogoty i dżungli Amazońskiej, a dodatkowo 3 dni i 3 noce spędzone na łodzi płynącej Amazonką.

Opcja druga: Zwiedzanie Bogoty i spacery po dżungli, a dodatkowo wyprawa do Caño Cristales, rzeki w Kolumbii o pięciu kolorach.

Dokładny plan wycieczek, dostępne terminy i koszty, są pod powyższymi odnośnikami.


Czytaj więcej

    class='wp-pagenavi' role='navigation'>
  • Strona 1 z 2
  • 1
  • 2